Felieton: W Ferrari (znowu) postawili na złego konia

W Maranello zawisła kolejna flaga z Cavallino. Na Silverstone ponownie rozbrzmiał hymn o włoskich braciach – nieważne, że niektórzy mogą wątpić w jakość jego wykonania. I choć na pierwszy rzut oka zdaje się, że Ferrari było górą podczas minionego Grand Prix Wielkiej Brytanii, to góra ta stanowi raczej wierzchołek góry lodowej.

Kontrowersji w Maranello nigdy nie brakowało. Począwszy od samej osobowości Enzo Ferrariego, patrząc na wyczyny Michaela Schumachera, słynne podium po zwycięstwie «odebranym» przez niego Rubensowi Barrichello, a kończąc na osobie Charlesa Leclerca. Tak, bo – cokolwiek by nie mówić o utalentowanym Monakijczyku – jego obecność we włoskiej stajni już nie raz (i nie dwa razy) przywodziła na myśl skojarzenie, że Charlesowi zawsze wiatr w oczy.

Zaczęło się wraz z ogłoszeniem Leclerca jako podstawowego kierowcy Scuderii, w miejsce Kimiego Räikkonnena. Od razu pojawiły się głosy, że za młody, że kto widział niedoświadczonego jeźdźca na tak narowistego konia sadzać i tak dalej. Cóż, koń nie tyle narowisty, co narwany i nieogarnięty, patrząc na dział strategów Scuderii – a mimo to już w pierwszym sezonie w barwach rosso Leclerc zaczął udowadniać, że na miejsce w Maranello zasługuje. Ba, być może nawet bardziej od Sebastiana Vettela.

Wszyscy pamiętamy sprzeczki przez team radio i dyskusje o tym, kiedy kto i kogo ma przepuścić. Wszyscy kojarzymy słynną braterską kolizję dwóch czerwonych bolidów, prowadzonych przez Seba i Charlesa. Ekipa z Maranello potrzebowała czasu, by w pełni zrozumieć, jakim nie (do końca) oszlifowanym diamentem jest Leclerc, choć już jego wyniki w F2 (choćby sprint w Bahrajnie) wyraźnie wskazywały na to, że talentu mu nie brak.

Tymczasem w końcu mamy czerwony bolid na miarę mistrzowskich tytułów, w składzie mamy rewelacyjnego Leclerca i bardzo konsekwentnie zdobywającego punkty Sainza. Bajka, zdawałoby się. No właśnie - i tylko tak nam się zdaje, bo genialny dział strategów ze Scuderii nawet w takim przypadku potrafi wyłożyć się na prostej. Ot, choćby w minionym GP Wielkiej Brytanii…

Dziennikarska analiza Karuna Chandhoka wyraźnie wskazuje na to, że w momencie awarii bolidu na dawnej prostej startowej obaj zawodnicy byli na tyle daleko, że zespół zdążyłby ich obu wezwać do boksów. Co więcej, Sainz wyraźnie zwolnił, by ułatwić mechanikom ten manewr, co oznacza, że w sytuacji, gdy było wręcz pewne, że wszyscy zjadą po miękkie opony (a kto nie zjedzie, ten trąba) Ferrari mogło ze spokojem zachować status quo, a tym samym – sięgnąć po dublet. No, ale to już byłoby za dużo, prawda? Po co szaleć, skoro można być statecznym i zachowawczym?

W moim odczuciu Ferrari podjęło podczas wyścigu jedną, szalenie istotną decyzję, która ma kilka skutków. Otóż ktoś postanowił wzmocnić morale Sainza, dając mu pierwsze zwycięstwo w karierze. Nieważne, że z perspektywy walki o którykolwiek z mistrzowskich tytułów nie ma to najmniejszego sensu. Nieważne, że Leclerc podczas słabego występu Verstappena odrobił zaledwie kilka punktów straty. Cieszmy się i radujmy, bo Carlos uczcił swój 150. start w GP nie tylko pole position, ale i upragnionym triumfem. Zrobił to w stylu Miki Häkkinena, który na swoje pierwsze zwycięstwo również czekał siedem lat.

I trudno się dziwić posępnej minie Charlesa, czekającego na pamiątkowe zdjęcie. Trudno się dziwić także internautom – nie tylko zagorzałym Tifosi – którzy uznają działania Binotto i ekipy za co najmniej irracjonalne. Scuderia Ferrari przez lata potrzebowała bolidu, który deklasowałby konkurencję. Potrzebowała kierowców, którzy dokonywaliby niemożliwego (jak Leclerc w Copse). Teraz, mając jedno i drugie, potrzebuje strategów. I oleju w głowie. Bez niego nawet mechaniczne konie mogą nie dać rady dotrzeć tam, gdzie wszyscy byśmy sobie życzyli.

Postaw mi kawę na buycoffee.to
Pokaż komentarze